Zupełnie na spokojnie zacząłem zastanawiać się, dlaczego prof. Rońda odstawił ten teatrzyk z dokumentem, przekazanym mu przez p. Macierewicza i odebranym po programie p. Kraśki. Oglądnąłem program, gdzie deklarował posiadanie dokumentu, jak również ten, gdzie mówi o blefie.

Profesor Rońda pracuje na AGH, uczelni, którą znam dobrze o tyle, że sam ją kończyłem i przygotowała mnie ona przyzwoicie do pracy, jaką wykonuję. Dla uczelni taki „blef” jest problematyczny. O ile AGH może deklarować, że badania p. Rońdy wykonywane na rzecz zespołu p. Macierewicza wykonywne są poza uczelnią i AGH nic do nich nie ma, to jednak ciężko będzie senatowi uczelni gładko przełknąć fakt, że naukowiec AGH zwyczajnie publicznie skłamał, oraz co gorsza – że wyciągał wnioski na podstawie nieistniejących (więc fałszywych) dowodów. Zapewne profesor będzie musiał się przed senatem swojej uczelni wytłumaczyć – choć nadszarpnięty wizerunek trzeba będzie długo naprawiać i proste szpachlowanie nic tu nie pomoże.

Wracając do kwestii dlaczego p.Rońda przyznał się do kłamstwa (zwanego politycznie poprawnie blefem) to są takie możliwości:

  • -       ruszyło go sumienie
  • -       przestraszył się, że prokuratura zarząda przedstawienia tego arcyważnego dokumentu i      przesłucha p. Rońdę (i p. Macierewicza oczywiście też)
  • -      zrobił to celowo, żeby wywikłać się z bycia członkiem ZS (ale już wiadomo, że jest nim dalej)
  • -      zrobił to z polecenia p.Macierewicza

Ciężko jest oczywiście określić, co może być rzeczywistym powodem takiego, a nie innego zachowania p. Rońdy. Ale ja stawiam na wersję ostatnią. Zrobił to z polecenia p. Macierewicza.

Uważam, że p. Macierewicz zyskuje na tym, że ZS zostaje zdyskredytowany jako partner do dyskusji u prof. Kleibera. Nie będzie musiał tłumaczyć się z kolejnych blefów. Ponadto problem kontrakcji prokuratury poszukującej dokumentu przestaje istnieć, bo dokumentu nie ma. Pasują mi do tego schematu także poblemy na konferencji smoleńskiej (posłuchałem całej – uczciwie powiedziawszy tam nic nowego nie zostało powiedziane). Może zakłócenia były celowe i pomogły w odwróceniu uwagi od faktu, że ostatnia konferencja to nic nowego.

Pojawiła się też na niej kwestia wytycznych ICAO – przeczytałem dokument ICAO (dość jest długi, ale nawet interesujący dla inżyniera) na który powoływał się dr Gajewski i niestety jest to również blef. W tym dokumencie ŻADEN z czynników określających rzekomo wg ICAO, że na pokładzie był wybuch w tekście nie występuje. Przecież w momencie spotkania z "laskowymi" ktoś zada banalne pytanie - "panie Gajewski, na której stronie jest o tych 100G a na której o tym, że jak szyby całe, to wybuch". I co wtedy?

Reasumując zespół p. Macierewicza wyczerpał już możliwości dalszego tworzenia „faktów”, zdjęć helikopterów porywających kokpit, mgły, helu, ICAO, NASA, niezniszczalnych skrzydeł samolotów itd. Sporo już tego było i zderzenie z innym gremium, przeważnie znającym się na samolotach i ich budowie albo chociaż na pilotażu byłoby momentem, kiedy trzebaby przyznać się do kolejnych blefów, albo do braku wiedzy w temacie, w jakim się wypowiadają. Występ p. Rońdy skutecznie odsuwa ryzyko faktycznego spotkania z „laskowymi”, oczywiście za cenę pewnych strat w autorytecie. Jednak fakt, że pomimo kłamstwa p. Rońda członkiem ZS pozostał niejako potwierdza opcję, że cała akcja „blefowa” była zaplanowana i nie można odciąć się od kogoś, kto musiał wykonać czarną robotę.